niedziela, 12 września 2010

Magiczna moc dzwonka!

Redakcja Newsweek 2010-09-12
Co mają wspólnego: klawiatura, natchnienie i dzwonek. Można by powiedzieć, że nic. Mam jednak czasami wrażenie, że te rzeczy oplata coś więcej niż nić wspólnych zależności. Powiedziałbym nawet, że jest to gruby sznur.
Ilekroć siadam przed deską pełną literek i bawię się przekonaniem o tym, że właśnie mam w głowie genialną idee, którą wystarczy przelać w słowa, rozbrzmiewa dzwonek. A jak wszystkim wiadomo mogą być różne dzwonki: do drzwi; telefoniczne: mono i polifoniczne; dzwonki rowerowe, brzmiące chórem, gdy przejeżdżają pod oknem rowerzyści; nawet dzwonki przyczepione do szyi zwierząt udomowionych, te brzmią zazwyczaj, gdy szukający natchnienia wybierze się gdzieś na odludzie w poszukiwaniu spokoju. Wszystkie te rodzaje dzwonków mają swą magiczną moc: potrafią przez dłuższy czas zachować milczenie, czasami nawet przez lata, po czym zadzwonić jeden jedyny raz, posługując się intelektem i wyczuciem czasu wirtuoza złośliwości, i zburzyć wszystko, co ofiara tej sytuacji budowała przez długi czas. Takie wyczucie czasu, tej najmniej odpowiedniej chwili jest wręcz sztuką.

piątek, 23 lipca 2010

Między jednym światem a drugim

Redakcja Newsweek 2010-07-23
Być z googlowanym. Imię Nazwisko, parę podstawowych danych i wiesz o człowieku wszystko.
Zawsze tak myślałem nad tematem twórczości i istnienia w świecie wirtualnym. Jest to pewna sfera naszego działalności której niechcianych efektów człowiek ciągle obawia się jak diabeł święconej wody. Istnienie w wirtualnym świecie. Rzecz która nie powinna zaistnieć. Lepiej nie pisać, nie publikować, nie podawać swoich danych, nie podpisywać się nazwiskiem nie upubliczniać swoich zdjęć. Nie istnieć. Taka jest prawda że w dzisiejszych czasach bardzo łatwo jest kogoś z googlować: imię nazwisko wpisać w Google i na podstawie paru podstawowych danych można o człowieku wiele się dowiedzieć. Wiadomo że w różnych przypadkach jest to łatwiejsze bądź trudniejsze. Ale często my sami dziwimy się ile możemy o sobie się dowiedzieć wpisując odpowiednie formułki w przeglądarkę internetową. Przy czym jak się doda do tego efekty wspaniałego narzędziu doboru odbiorców reklamy jakim jest facebook możemy się zorientować że publicznie dostępne są dane o wielu naszych upodobaniach. Zaczynam się zastanawiać kiedy internauta zaczyna przekraczać granicę świadomego nadawcy i nieświadomej osoby z której są wyciągane informacje? Może takiej granicy nie ma?
Często słyszę tezę, że raz opublikowany w internecie tekst, na dobrą sprawę nigdy z niego nie znika. Jak się te sprawy doda, trochę to przeraża. W każdym razie, sprawia że internauta zaczyna myśleć nad ty co publikuje. Pojęcie prywatności zaczyna być bardzo mylne.


Oryginał: Między jednym światem a drugim - Red.NW

wtorek, 2 czerwca 2009

Być jak Kataryna

Wiadomości24.pl 2009-06-02 15:24,
Niewątpliwie spór między dziennikiem a słynną blogerką przekształcił się w ogólnopolską dyskusję. Nagle osobom, które na co dzień z internetem nie mają do czynienia, znany jest pseudonim Kataryna
Kontrowersyjne wypowiedzi zazwyczaj powodują ogólne zainteresowanie słuchaczy. Istnieje nawet teoria, że wszystko można sprzedać, tylko trzeba wiedzieć jak. Lecz o takiej reklamie, jaką zrobiła prasa Katarynie, marzyłby niejeden polityk czy marketing menager, kierujący się zasadą: nieważne jak, najważniejsze żeby mówiono.
Niestety, nie o tak rozumianą popularność chodziło słynnej blogerce, która przynajmniej w tym czasie nie zamierzała wychodzić z cienia. Gdyby cała ta sprawa miała się kończyć na wątku popularności, liczbie odsłon strony WWW, Dziennik nikomu nie zaszkodził, a wręcz pomógł nie tylko jednej osobie, ale i wszystkim innym, którzy zapragną pójść w ślady Kataryny.
Problem leży jednak gdzie indziej. A mianowicie w kwestii wolności słowa. Trzymając się ogólnej teorii: wolność jednego człowieka kończy się tam, gdzie zaczyna się wolność innego. Często jednak przesuwa się tą granice według upodobania, zupełnie jak suwakiem zapinającym kurtkę. Rozwiązanie tego dylematu może nie być już takie łatwe, a na pewno nieprędkie.

poniedziałek, 24 listopada 2008

Łańcuszki nieszczęścia

Wiadomości24.pl 2008-11-24
Gdy podłączamy się do sieci atakuje nas masa spamu. Wśród tego rodzaju wiadomości zawsze znajdzie się jakiś "Łańcuszek szczęścia". Lecz jak przyjrzymy się dokładniej, możemy dostrzec także "łańcuszek nieszczęścia".
Prawie każdy, kto od dłuższego czasu posługuje się internetem, co pewien czas spotyka się z taką wiadomością jak „łańcuszek szczęścia”. Są osoby, które w takie łańcuszki wierzą i są takie, które nie wierzą w przynoszone przez nie szczęście. Niektórych ludzi nawet one denerwują. Mój stosunek do łańcuszków „szczęścia” był dotychczas obojętny. Lecz w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać czy nie zmienić swych poglądów na ten temat.
Pewnego dnia po podłączeniu się do sieci, za pośrednictwem komunikatora otrzymałem od obcej osoby "łańcuszek szczęścia”, który przybrał, skrajną, według mnie, formę:
„W 1933 roku zamordowano dziewczynę. Miała 16 lat. Chłopak zakopał ją żywcem w ziemi ciągle powtarzając "Toma-sota-baltu”, jeśli już przeczytałeś/przeczytałaś te słowa duch tej dziewczyny zjawi się u ciebie w nocy. Będzie czekała na suficie, aby zamordować cię w ten sam sposób jak ją zamordowano. Dziewczyna chciała być zawsze sławna więc nie zamorduje cię pod jednym warunkiem: wyślesz tą wiadomość 33 osobom. W ten sposób spełni się jej marzenie o sławie”.
W krótkim czasie po tym zdarzeniu dostałem podobną wiadomość, która przybrała „groźbę” śmierci matki adresata. Treść tych łańcuszków zdenerwowała mnie mocno. Tym bardziej, że wiadomości te wysłały, jak się okazało jakieś dwunastoletnie dzieci. Kto ma tłumaczyć takiemu obywatelowi sieci, że tego rodzaju łańcuszki nie są śmieszne? Można by powiedzieć, że jest to w sferze obowiązków rodziców. Ale niestety środki techniczne, a czasem także i chęci opiekunów, nie wystarczają na to by zapanować nad zachowaniem dzieci w internecie. Być może sprawa takich łańcuszków jest tak błaha, że nikt prócz paru osób się tym nie przejmuje.

niedziela, 7 października 2007

Pojęcie wroga w kampaniach wyborczych

Wiadomosci24.pl 2007-10-07
Dlaczego kampanie wyborcze są takie agresywne? Dlaczego nienawiść, wrogość tak często pojawiają się przed każdymi wyborami?
Główną rzeczą, która się rzuca w oczy przy oglądaniu tegorocznych spotów wyborczych, jest powszechnie panująca agresja wśród konkurentów politycznych. "Tak ostro jeszcze nie było" to często spotykane stwierdzeniem. Agresja, nienawiść, wrogość pojawiają się bardzo często w trakcie kampanii wyborczych. Są one niemalże stałym powtarzającym się elementem propagandy. Zjawiska te dotykają każdego człowieka i to częściej niż nam się zdaje. Nienawiść i agresja pobudzają do podjęcia działania. Pojęcia te są silnie związane z nieustającym pojawianiem się postaci wroga, którego trzeba zwalczać, tłamsić, nienawidzić lub chociaż okazywać mu brak sympatii. Ukazanie oponenta politycznego jako wroga ma na celu wywarcie na wyborcach uczucia zagrożenia. "Ten oto człowiek, to oto ugrupowanie jest kłamliwe, skorumpowane, nieuczciwe i doprowadzi kraj do upadku." Tego typu określenia bardzo często padają z różnych stron politycznych. Natomiast jedyną prostą czynnością, którą muszą podjąć wyborcy, ma być oddanie głosu na właściwe ugrupowanie polityczne.
Nienawiść i strach przed niebezpieczeństwem są bardzo silnym bodźcem pobudzającym do działania. Dlatego są bardzo często wykorzystywane w kampaniach wyborczych. Dodatkowo popularne jest kreowanie przy okazji atmosfery zrywu politycznego, rewolucji, walki z rzekomym odwiecznym wrogiem, niekoniecznie zobiektywizowanym (tak jak ma to swój przykład w popularnym ostatnio pojęciu "układ"). "Rewolucje" te w przypadku ostatnich kilkunastu lat w polskiej polityce nie kończą się zazwyczaj konkretnymi zmianami w sensie ustawodawczym. Zwycięstwa określane są raczej jako moralne (co najwyżej przy skrócie RP zmienia się cyfra), a zmiany w prawie idą dalej w stałym tempie, tyle że czasami w nieco innym kierunku.
Kreacja wroga i nienawiści cechuje propagandę związaną z rzeczywistymi wielkimi rewolucjami politycznymi i społecznymi. Niezależnie, czy określi się je jako pozytywne, czy negatywne. Tak było w przypadku Wielkiej Rewolucji Francuskiej, objęcia władzy w Republice Weimarskiej przez Hitlera, a nawet w przypadku upadku bloku socjalistycznego. W każdym tego typu zdarzeniu nasilenie nienawiści, mocy kreowania wroga (realnego bądź fikcyjnego) było różne, ale zawsze występowało.
Powyżej opisane pojęcia pojawiają się od wieków w propagandzie politycznej. Nie tylko w przypadku wyborów, ale i wszelkich zmian w państwie i jego działań, oraz przy legitymizacji działań organów państwowych. Wróg i zagrożenie mogą być realne, bądź fikcyjne - wykreowane, a nienawiść - podsycana bądź kreowana od zera. W przypadku kreacji wroga i związanego z nim zagrożenia możemy mówić o demagogii.

sobota, 6 października 2007

Motyw zbrodni katyńskiej w propagandzie

Wiadomości24.pl 2007-10-06
Czy wykorzystywanie tragedii do celów politycznych jest sprawą nową? Czy powinno się to robić? A może nie wolno upolityczniać "Katynia"?
Zbrodni Katyńskiej nie można upolitycznić. To zbrodnia polityczna z samego założenia. Była wykorzystywana w działaniach o charakterze manipulacyjnym. Już podczas II wojny światowej sprawa zbrodni katyńskiej była używana do manipulacji politycznej, zarówno przez Związek Radziecki, jak i III Rzeszę. Także okres zimnej wojny nie był wolny od stosowania motywu Katynia do celów politycznych, zarówno w Polsce jak i poza nią, w polityce wewnętrznej jak i zewnętrznej.
I w ostatnich latach podobne zdarzenia miały miejsce. Każdy przypadek miał inny poziom nasilenia. Jednakże nie można patrzeć na nie wszystkie tak samo. Nie wszystkie można by określić tak samo negatywnie. Nie należy utożsamiać propagandy III Rzeszy i obecnej propagandy przedwyborczej w Polsce. Jednakże w każdym przypadku mamy do czynienia z tym samym motywem manipulacji politycznej. Inne święta narodowe są bardzo często wykorzystywane w podobny sposób, co obchody rocznicy zbrodni katyńskiej. Jest to typowa metoda propagandy. Wykorzystywanie sprawy Katyńskiej do celów politycznych ma ponad pięćdziesięcioletnią tradycję i będzie ona jeszcze z pewnością kontynuowana.